Przygotowania do wyjazdu zacząłem od drobnego serwisu. Od pewnego czasu głośno trzeszczy mi coś w układzie kierowniczym, wydawało się, że w mostku. Zdjąłem więc dziś kierownicę, dokładnie wyczyściłem ją i jej mocowanie do mostka, skręciłem i... i nie pomogło. Skręciłem na sucho, może jeszcze spróbuję posmarować. Ale pewności już nie mam czy to nie coś innego.
Formy dziś nie było, wymęczona ta wycieczka. W Bogini dostrzegłem tabliczki informujące o objazdach w związku, jak i o samym
I biegu na Wzniesieniach. Bieg jutro. Jadąc po chodniku rowerowym nad wodą w Strykowie naszła mnie refleksja, że te strykowskie kaczki zupełnie zostały wychowane na gołębie. Nic całkowicie nie ruszają ich ludzie, niezależnie czy na rowerze czy na rolkach czy pieszo. Jadące tam rowerem małe dziecko chciało zrobić sobie zabawę wjeżdżając w ich grupkę. Skończyło się na hamowaniu, bo nie miały najmniejszego zamiaru się ruszyć. Nad wodą chwilę zacumowałem i pomyślałem, że miło byłoby tak zostać i już nigdzie dalej nie jechać. Ale jak mus to mus.
W Smolicach buduje się chodnik. Na szczęście relatywnie wąski, więc jest szansa, że nikt tam nie postawi nakazu ruchu rowerów.
Dziś wybrałem Wołyń, dalej miała być Dąbrówka-Marianka. Tylko dojazd mniej tradycyjnie - za Wołyniem odbiłem w lewo, gdzie ładnym asfaltem zjechałem do Glinnika, gdzie dalej, na drodze do Smardzewa, jest zjazd z koszmarnymi dziurami. Stamtąd zawróciłem na Dąbrówkę, przez Maciejów. Tu przyjemnie. I lekko się osiąga wysokość Dąbrówki. W Zgierzu był jeszcze jeden eksperyment - z Czarnej, za przejazdem kolejowy w prawo na Sadową zamiast tradycyjnie w lewo na Uroczą. Zły wybór. Mniejsza że trylinka, ale jaka dziurawa!
Zastanawia mnie (nie pierwszy raz) realizacja pomysłu na zajęcie chodnika wraz z drogą rowerową między Pstrągową a Sikorskiego, bo coś się tam buduje. Za Pstrągową jest zagrodzony chodnik, stoi znak zakaz ruchu pieszych z tabliczką informującą, że przejście odbywa się drugą stroną. Ale widać miasto pomysłu na rowerzystów nie miało, wolało zignorować problem i żadnej podpowiedzi dla nich nie zostawić. Niech sobie radzą.
A nowa droga rowerowa wzdłuż Zgierskiej wciąż nie może doczekać się dopięcia na ostatni guzik. Przed Liściastą znowu stoi znak końca drogi rowerowej, a świeżo wymalowanego przejazdu już w połowie nie ma, bo część nawierzchni jezdni została zdjęta. I do tego przejazd przez Pojezierską, co nie wiadomo czy jest czy go nie ma. Przejazd namalowany, zaś światła rowerowe nie podłączone. Od strony północnej jest przed skrzyżowaniem znak końca DDR, ale co ciekawe od strony południowej, tuż przed skrzyżowaniem jest znak DDR. Nieszczęśliwie od północy ustawił się przy mnie radiowóz skręcający ze Zgierskiej w prawo na Pojezierską, więc postanowiłem pospacerować z rowerem. Lepiej nie dawać okazji do łatania budżetu.
Mimo wybrania się trochę przez siłę, po opuszczeniu miasta chęć przyszła i kręciło się nieźle. A po drodze za Prusinowicami widziałem na poboczu jakiegoś rowerowego turystę z plecakiem nawigującego tradycyjnie - wertował dużą rozkładaną mapę.
We wtorek wieczorem podrzuciłem przednie koło do Intersportu w Manufakturze, by wstawili brakującą szprychę i wycentrowali. Miało być do odebrania w czwartek. Podjechałem więc do nich w czwartek z rana i poczułem się jakbym spotkał panią minister B.: "Sorry, kolega zapomniał wziąć od pana numer telefonu, więc nie miałem jak poinformować, że nie mamy takiej szprychy. Nic nie zrobiliśmy.". Zabrałem więc koło do Dynamo, gdzie zrobili je na 19 tego samego dnia. W domu montaż, doregulowanie hamulca z uprzedniego jego dopasowania do niemałego bicia tak, by rower nadawał się na piątek.
Dziś jednak specjalnie ochoty na rower nie miałem. Ostatecznie KL dał radę mnie wyciągnąć. Okazało się, że wypocząłem po sierpniu i całkiem dobrze się dziś kręciło.
Sierpień rozpocząłem z myślą by poprawić lipcową sumę kilometrów ustawiając planowaną poprzeczkę na 1200 km. Zaczęło się dobrze, ale postępy bardzo szybko zakłóciło załamanie pogody. Deszczowe i chłodne dni bardzo starały się uniemożliwić realizację. I tak od 13. cały czas byłem do tyłu ze statystyką. Nie mniej jednak wykorzystując chwile lepszej pogody udało się na ostatnią chwilę dogonić zamierzenia.
Wczoraj mimo nie najlepszej formy starałem się jak najwięcej dociągnąć, by na niedzielę, na którą zapowiadano burze, został dystans, który dałbym radę zrealizować nawet z gradem walącym w głowę. Zresztą nie wierzyłem, że po dwóch tak długich wycieczkach w krótkim czasie jeszcze będę w stanie pojechać gdzieś dalej kolejnego dnia. Zostało 22 km do celu, więc dziś wybrałem się na relaksacyjny wyjazd w granicach miasta. I tym sposobem sukces! 1208 km.
Przy tej okazji pojechałem do samego końca DDR na Widzewie. Koniec jest rzeczywiście z wyraźnym akcentem. Gdyby komuś nie wystarczył znak, to ta betonowa przegroda powinna go przekonać. A przynajmniej skutecznie zatrzymać.
Czwartkowe zmagania z wiatrem w piątek wieczorem były wciąż w nogach. Miałem
więc mocne postanowienie by w sobotę nie podejmować żadnej walki z wiatrem,
tylko zaplanować trasę z podmuchem w plecy. To wykluczało pętle. Ze względu na
prognozowany zachodni wiatr pierwszy pomysł był by pojechać rowerem do
Warszawy i wrócić pociągiem.
Przegląd dróg do Warszawy wyglądał nieciekawie - dużo chodników rowerowych.
Dodatkowo najpewniej trafiłbym w drodze powrotnej na PKP Intercity, które
przeważnie jeżdżą z wagonami 111A lub jakąś ich odmianą. To te z wąskimi
drzwiczkami i przedziałami. Przewożenie roweru w nich musi być nie lada
wyzwaniem. A jak się trafią inni zainteresowani, to klapa kompletna, bo
regulaminowo dla tego celu można wykorzystać tylko korytarzyk za lokomotywą
lub ten na samym końcu składu. Przestrzeń bardzo ograniczona. Po długim
zastanawianiu się, postanowiłem zupełnie zmienić zamierzenia i pojechać
pociągiem do Kalisza (gdzie jeżdżą stare poczciwe "kible" z wielkim
przedziałem bagażowym), a stamtąd odrobinę okrężną drogą wrócić do Łodzi.
Planowanie niestety odbywało się późno - za późno. Położyłem się o 2. A żeby
wycieczka nie skończyła się w środku nocy, trzeba było najpóźniej dotrzeć na
pociąg o 9:55 (Przewozy Regionalne). I jeszcze zdążyć wstać, przygotować się,
po drodze zjeść śniadanie. Ciężko było, ale się udało.
Na PKP Łódź Kaliska wsiadł pasażer z rowerem poziomym, który jak i ja wybierał
się do Kalisza. Poziomego z tego miejsca serdecznie pozdrawiam!
I tak dzięki towarzyszowi podróż pociągiem upływała szybko, spędzona na
wymianie opowieści o naszych przeszłych rowerowych wycieczkach. Pan miał dobrze objechane
okolice. Ja raz, że nie mam takiej pamięci do nazw miejscowości, a dwa, to na
wielu z wymienionych dróg mnie zwyczajnie nie było.
Gdy dotarliśmy na miejsce, Poziomy rozwiązał za mnie sprawę nawigacji po
Kaliszu, prowadząc mnie przez centrum Kalisza i przekazując instrukcje którędy
dalej i po czym poznam docelowy zakręt w Opatówku.
Sam przejazd przez Kalisz umiarkowany. Lekki dramat zaczął się zaraz za
centrum na DK12 - wyjeździe w kierunku Sieradza. Zresztą ta droga mi się
zawsze źle kojarzyła, ale tym razem było gorzej. Trwa remont na odcinku kilku
km. Nawierzchnia frezowana, a po obu stronach budują się szerokie chodniki,
już podzielone na kostkę czerwoną i szarą - zapewne tam będziemy mieli kolejną
śmieszkę. W każdym razie póki co nic nie skończone, nakazów dla rowerów nie
ma, ale za to droga poważnie zwężona, a ruch duży. Tak więc jechałem w
towarzystwie lusterek mijających mnie na milimetry i z dużymi wstrząsami od
zniszczonego asfaltu.
Zgodnie z instrukcją Poziomego przejechałem przez cały Opatówek, by na końcu
znaleźć rondo z docelowym skrętem na Rzymsko. Tu dopiero mogłem odetchnąć.
Gdyby nie to, że goniłem sierpniowe kilometry, zdecydowanie lepszym wyborem na
wycieczkę jest dojechanie pociągiem do Opatówka i rowerowanie stamtąd.
Spokojna wygodna droga, urozmaicona licznymi zakrętami. Po drodze w Szulcu
mijałem intrygująco rozległe szklarnie producenta pomidorów. Przed Koźminkiem
poczułem, że ta okolica to chyba zagłębie pomidorowe - znowu duże szklarnie,
tym razem nawet znany mi producent - Dziubek (właściciele proszeni są o
zgłoszenie się do mnie po numer konta w celu przekazania honorarium za tę
reklamę).
Zaraz za Koźminkiem była tablica reklamowa, której treści dokładnie nie
pamiętam, ale wydaje mi się, że było to hasło w stylu "Koźminek - kuźnia
talentów kolarskich". Od razu się obejrzałem czy nie goni mnie jakiś pędzący
peleton. Nie gonił. W każdym razie widać miejsce właściwe dla rowerzysty.
Następna miejscowość to Tymianek. Tutaj był kilometr mijanki - kładą nową
nawierzchnię. Stałem przed mijanką. Za też, by oskrobać opony z kamyczków
obtoczonych w smole...
Jadę dalej. Nie będąc wielkim fanem robienia zdjęć podczas jazdy, nie mogłem
się jednak powstrzymać się od wykonania jednego na widok wyszczerzonego
słomianego konia w Liskowie, postawionego z okazji dożynek.
Przed Rzymskiem zapas napojów był na wyczerpaniu. Rozglądałem się, ale w tym
miejscu już nie było sklepów przy drodze.
Dojeżdżam do tamy na Jeziorsku. Tu planowałem dłuższy leniwy przystanek.
Stanąłem, obejrzałem się za siebie - czarno! Za mną rozpościerały się ogromne
deszczowe chmury. A wiatr gnał je w moją stronę. Postanowiłem zatem nie
czekać, zwłaszcza, że dalej miałem szanse trafić na jakieś wiaty przystankowe.
Deszcz gonił, ale na początku było nieźle - droga prosto na wschód, mogłem
uciekać. Tylko kilka kropel spadało. Niestety dalsza trasa skręcała na północ,
więc zacząłem przegrywać. Jeszcze minąłem Niemysłów, tam m.in. stary betonowy
przystanek i zaraz za nim blaszany. Przejechałem jeszcze parę metrów i deszcz
zaczął gwałtownie przybierać na sile. Natychmiast zawróciłem i zakwaterowałem
się pod blaszakiem. Ulewa! Ale było całkiem przyjemnie - deszcz walił
uspokajająco w ulicę, ja na ławce przystanku, z głową podpartą na ramie
roweru. I w ten sposób, z racji niewyspania, odpłynąłem nawet na kilka minut w
objęcia Morfeusza. Padało długo. Łącznie spędziłem na przystanku chyba 20
minut.
W końcu można było ruszać, by pozbierać kałuże na plecy. W Balinie, gdzie
DW473 spotyka się z DK72, kolejny w tym roku sentymentalny sklepowy
przystanek. Na dawnych pętlach Sieradz - Turek - Uniejów - Zadzim - Sieradz
tutaj był wodopój.
W samym Uniejowie, przed dojazdem do ronda jest chodnik rowerowy. Trudno,
pojechałem, bo raz, że nie jechałem za szybko, a dwa, to na chodniku było
bardziej sucho niż na jezdni.
Dalej jechałem po swoich śladach z wycieczki z 28.08. Tym razem - z wiatrem z
dobrej strony - droga okazała się krótka i przyjemna.
Na rozdrożu prowadzącym na wschód do Parzęczewa i na północ do Ozorkowa
rozterka co wybrać. Konsultacja z mapą - proponowana droga na Ozorków
wyprowadziłaby mnie na jego północnym krańcu. Lepiej przez Parzęczew - prosto
do centrum Ozorkowa. W Parzęczewie waham się czy jednak nie jechać już do
Łodzi. Wybieram dobijanie km. W Ozorkowie trochę się pogubiłem. Dopiero
znajoma z wyglądu stacja benzynowa uświadomiła mi, że zaczynam opuszczać
miasto całkowicie nie tam gdzie powinienem.
Obieram cel na Modlną. Na rondzie odbijającym na Modlną chwila medytacji nad
mapą. Pomijając niknące siły, robiło się ciemno i chłodno. Jednak jadę. W
Modlnej liczyłem na sklep, ale okazał się być już zamknięty. Jadę dalej do
skrzyżowania z trasą Piątek - Zgierz. Znowu się zastanawiam - czy kontynuować
prawie pod sam Stryków, aż do Anielina Swędowskiego czy skrócić. Jechać stąd
prosto do Zgierza byłoby nieciekawie. Ciemnawo, ruch duży. Skracam, ale dla
spokojniejszej jazdy decyduję się dojechać do Białej trochę naokoło - przez
Wolę Branicką. Stamtąd już dość typowo w kierunku Szczawina i przed nim
skrótem prosto do Zgierza przez Szczawińską.
Skrót zaczyna się kilkudziesięcioma metrami piasku, który znowu pokonał wąskie
i gładkie opony. Zszedłem z roweru, chwila oddechu, trochę wody, podnoszę
głowę, a tu 15 m ode mnie uważnie przygląda mi się sarna. Moje ruchy jej nie
płoszyły. Miałem ochotę zrobić zdjęcie, ale źle zabrałem się do wyjmowania
telefonu - uchwyt plastikowy ma silną sprężynę. Po wyciągnięciu więc telefonu
uchwyt strzelił i to niestety spłoszyło ciekawskiego.
W Zgierzu chyba oszczędzają prąd. Na Szczawińskiej kompletnie ciemno, choć już
po drodze w Dąbrówce Mariance latarnie były włączone. Światło dopiero w
ścisłym centrum. Na 1 Maja już po utrudnieniach - nie ma już zamkniętego
fragmentu na wysokości placu Kilińskiego.
Końcówka po prawie otworzonej drodze rowerowej wzdłuż Zgierskiej. Miałem déjà vu, że już ktoś ogłaszał jej premierę, ale musiało mi się wydawać. Część oznakowania zakryta folią. Ale widać też zmiany na lepsze - najwyraźniej jednak zdecydowano się zadbać o ciągłość przejazdu, domalowując przejazdy nawet na skrzyżowaniu, gdzie nawierzchnia nagle zmienia się przed przecznicą w chodnik. Przejazd przez Pojezierską też jeszcze dojrzewa, ale zapowiada się, że będzie w miarę OK.
To się wybrałem, bo zwiedzanie Trasy Górna, która w poniedziałek ma być oddana do ruchu, kusiło. Rowerzyści zajęli cały wiadukt nad Rzgowską. Moja imitacja aparatu w telefonie robi fotki w jakości wyłącznie poglądowej, więc wyglądają jak wyglądają.
Lepiej dmuchać na zimne, więc koła dopompowałem i tym razem wieczorem, dzień
przed wycieczką, by na drugi dzień już widzieć czy wszystko z nimi w porządku.
Wynik testu był jednak natychmiastowy. Po dompowaniu tyłu, zakręcam Prestę -
syczy. Odkręcam - przestaje. Zakręcam znowu - syczy. Co do...? To przecież ma
działać (prawie) dokładnie odwrotnie! Godzina późna, postanowiłem odłożyć
wymianę dętki do rana. Przy tej okazji z rana małe czyszczenie napędu. W końcu
biorę się za detkę. W zapasie tylko jedna, spod siodła. Wymienię - myślę - a
zaraz na początku podjadę do któregoś rowerowego po nowy zapas. Szybkie
zmiana, pompuję, nominalne 8 bar na liczniku i... aż mnie boli ucho na
wspomnienie. Bo jeszcze tak jakoś zdolnie się nachyliłem, że po eksplozji
dętki jednostronnie byłem ogłuszony.
I klops. Dzień upływa, ja muszę pieszo zasuwać po dętki, a rowerowy nie tak
całkiem pod nosem. Kupiłem od razu 3, by dać sobie jakąś szansę. Nowych
niespodzianek na szczęście nie było. Skutkiem wizyty w jednym sklepie, w
którym dętek wprawdzie nie mieli, ale powiedzieli, że mogą mi docentrować koło
od ręki na rowerze, podkusiło mnie by jeszcze tam podjechać. To był zły wybór.
Serwisant się nie spieszył, a mój rower wystawił na ciężkie próby, opierając
go w nierowerowych pozycjach, pionowo na kierownicy, na podłodze, mimo że
uchwyt pod ręką był. Patrzyłem z bólem serca, czas leciał. Jedyna zaleta
poniekąd to to, że zauważył, że mam poluzowane stery, czego wcześniej nie
spostrzegłem. Dokręcił.
Tradycyjnie więc wycieczka zaczęła się zdecydowanie później niż powinna.
Przy przejeździe nad A2 w Parzęczewie coś nieprzyjemnie strzeliło w rowerze.
Stanąłem w centrum wsi, popatrzyłem, ale nic nie zauważyłem. Na drugi dzień
okazało się, że to końcówka szprychy od strony piasty w świeżo centrowanym
kole.
Co do samej jazdy, to od Parzęczewa do Uniejowa był dramat zmagań z wiatrem.
Zdecydowanie mocniej wiało niż zapowiadali. Z każdym kilometrem miałem coraz
bardziej dość. Uniejów wydawał się nie mieć zamiaru nastać nigdy. W końcu
jednak dotarłem. Podjechałem zobaczyć teren rozsławianych przez łódzką
telewizję term. Nie zostałem porażony zachwytem. A zaraz dalej odbicie na
Spycimierz, koniec bezpośredniej walki w wiatrem. Mojej radości nie było
końca. Wreszcie mogłem jechać!
Spycimierz też jest słynny w lokalnych mediach, bo tam w Boże Ciało mieszkańcy
tworzą całkiem imponujące dywany kwiatowe. W centrum wsi zawieszone są zdjęcia
dużego formatu, uwieczniające te dzieła. Tutaj też zaliczam wizytę w sklepie.
Z okolic tamy kontaktuję się z MS z pytaniem czy by trochę się nie przejechał
wspólnie, skoro będę przejeżdżał mu pod domem.
W Proboszczowicach kolejny sklep. Pod niego dojeżdża MS i razem jedziemy do
Rossoszycy. Tutaj tempo wzrosło, siłą rzeczy, czego dalej żałowałem.
Ściemniać zaczęło się od Szadku. Ciemno zupełnie chyba przed Lutomierskiem.
Ciemno, chłodno, sił brak. Postanowiłem jechać prosto do Łodzi, czego
generalnie na tym odcinku unikam. Z racji unikania odzwyczaiłem się od trasy i
wstępnie zapomniałem o istnieniu Konsantynowa. Jakoś tak wydawało mi się, że
już zaraz za tą wąską pagórkowatą drogą z torami tramwajowymi za Lutomierskiem
znajdę się w Łodzi. To się rozczarowałem. Przypomniałem sobie oczywiście czemu
tędy nie jeżdżę. Warunki nie dla rowerzysty.
W końcu dotarłem do Łodzi, tam już kontynuowałem jazdę najbardziej prosto jak
się da. Po drodze zostałem jeszcze zrugany przez kierowcę. Poniekąd
słusznie, jeśli trzymać się litery przepisów. Krótka wymiana zdań:
- Drogi rowerowej nie masz?
- Nie mam!
- No właśnie widzę!
Jak już odjechał, to zauważyłem, że jednak mam. Wcześniej się nie
zorientowałem. A jego pytanie wrażenia na mnie nie zrobiło, bo te padają
niezależnie czy ona jest czy jej nie ma. Cóż, przyzwyczajenie do tego, że
kierowcy zawsze mają problem z rowerem. Z drugiej strony przy tak pustej
jezdni w nocy robić awanturę, że rowerzysta z niej korzysta. Ech!
W piątkowy wieczór usiadłem do planowania weekendowego roweru. W sobotę miało być ładnie, w niedzielę trochę rano popadać i cały dzień zimno, ale wydawało się, że jazda będzie możliwa
Tym razem postanowiłem pojechać w rodzinne strony, do Sieradza. Pozostawało pytanie którędy. Narysowałem kilka wariantów do wyboru na dojazd lub powrót. Jeżdżąc kursorem po mapie pomyślałem m.in., że przecież sezon nie trwa wiecznie, a ja wciąż nie zwiedziłem budowy S8 na odcinku Sieradz - Walichnowy, który ma być oddany do ruchu podobno jeszcze w tym roku. Z tego powstał najdłuższy potencjalny plan, którego niniejszy wpis jest realizacją. Było i krócej, a także wariant północny, przez Uniejów. W końcu dwa dni.
Po niezbyt wczesnej sobotniej pobudce przejrzałem świeże aktualizacje prognoz pogody. Gorzej. Niedziela się zepsuła. Miało padać cały dzień. To ułatwiło wybór - trzeba było chociaż w pełni sobotę wykorzystać. Jeszcze tylko szybkie śniadanie w fast-foodzie popite kawą i można się szykować.
Wyruszam za późno. W 900-mililitrowym bidonie Oshee i dodatkowo jego butelka 750 ml. A ponieważ musiałem zabrać bagaż do Sieradza, do dodatkowego umartwiania się na plecy biorę plecak.
Wakacyjne pogody dotychczas były łaskawe co najmniej pod jednym względem - wiatru. Nie wiem czy podczas którejkolwiek wycieczki przeszkadzał mi jakoś szczególnie. I z tego wszystkiego zapomniałem już jak bardzo może wiać i jak niezmiernie może to utrudniać jazdę. Przestałem więc zwracać na prognozach uwagę na siłę i kierunek wiatru. To był błąd. Od początku wycieczki wiatr w mordę, dmuchający całkiem porządnie. Ale w końcu pod wiatr była tylko pierwsza część trasy. Pierwsze jej 116 km...
Wzdłuż Mickiewicza wciąż utrudnienia dla rowerzystów. Formalnie droga rowerowa między Wólczańską a Żeromskiego jest zlikwidowana. Nawet jest sugestia objazdu. Rowerzyści jednak nie wyglądali na przekonanych.
W Górce Pabianickiej zmiany w ruchu - enigmatyczny drogowskaz "Objazd" sugerował skręt do Szynkielewa III, a zaraz za nim postawiony był znak droga bez przejazdu. Postanawiam jechać mimo to prosto. I nie wiem o co ten szum - metr zdartego asfaltu na samym skrzyżowaniu, robotnicy finalizujący jakiś remont, ale wszystko wyglądało na przejezdne, a i samochody jeździły tamtędy bez wahania.
Przejazd przez drogę gruntową w Lesie Pobłociszewskim tradycyjnie błotnisty i mokry. Nawet trochę bardziej niż zazwyczaj. Tu jadę wolno, ale i tak udaje mi się kilka kropel błota wciągnąć na ramę i buty.
W Sięganowie postęp prac - już oddano do ruchu wiadukt prowadzący nad budującą się S8.
Docieram do Pruszkowa. Na liczniku 45 km, a w nogach za sprawą wiatru cierpienie jak po 145. Robię przystanek w sklepie obok OSP. Sentymentalny wręcz, bo w czasach sprzed bikestats często popełniałem wycieczki Sieradz - Burzenin - Widawa - Łask - Sieradz i był on wtedy moim stałym przystankiem. Snickers na miejscu. Bidon, który już zdołałem opróżnić z izotonika, napełniam wodą.
Przed kontynuacją podróży, niepewny dalszych sił sprawdzam ile pozostało do Widawy, gdzie będę musiał podjąć decyzję czy realizować planowaną wycieczkę czy może jechać prosto do Sieradza przez Burzenin. 16 km - dobrze, dam radę.
W Widawie na rozdrożu tras na Wieluń i na na Burzenin biję się z myślami. Nogi bolą, dopiero 62 km za pasem, a w perspektywie jeszcze koło stu. I nadal pod wiatr! A na horyzoncie w kierunku Wielunia dłuższy podjazd. Do Sieradza przez Burzenin byłoby trochę pagórków, ale już tylko 25 km i z wiatrem. Mijam skrzyżowanie nie skręcając do Burzenina, bez pedałowania i jeszcze chwilę się waham czy nie zawrócić. Jednakże skoro niedziela ma być nierowerowa, szkoda byłoby kończyć przedwcześnie wyjazd. I nie wiadomo kiedy znowu porwałbym się na tę trasę od początku. Wygrywa chęć wykorzystania soboty w pełni. Jadę dalej.
Tą drogą jadę pierwszy raz. Dobra nawierzchnia, choć pogarsza się w miarę zbliżania do Wielunia. Dłuższe, dość łagodne podjazdy. Drugi przystanek zaliczam po 92 km w sklepie w Masłowicach. Butelka Powerade na miejscu, przegryziona Snickersem. Woda do bidonu, reszta butelki 1.5l do plecaka - na S8 sklepów nie będzie.
3 km dalej docieram do krajowej ósemki. Zaczyna się gorzej. Bez pobocza, a póki nie oddadzą S8, tutaj pędzi cały ruch Warszawa - Wrocław. Pobocze jednak pojawia się szybko, tuż za znakiem początku Wielunia. Przez miasto warunki drogowe mieszane. To szerzej, to węziej, ale bez spięć z kierowcami. Większy ruch z naprzeciwka, na moim pasie dość spokojnie.
Za Wieluniem Dąbrowa. Wita mnie znak zakazu ruchu rowerów i sprezentowany rowerzystom chodnik. Typ podobny do tego łączącego Zduńską z Sieradzem. Kostka fazowana. Natura już wygrywa, kępki trawy ją pokrzywiły. Ale wciąż pod wiatr, nie pędzę, pal licho - mogę i po chodniku. Jedno jest jednak zrobione dobrze. Nie ma ciągłych skoczni jak pod Zduńską - nie ma obniżeń w bramach. To zdecydowanie ułatwia.
Chodnik rowerowy kończy się przed przejazdem kolejowym. Za przejazdem 500 m węższego odcinka, bez pobocza. Dalej pobocze komfortowe. Wkrótce jadę przez cały szereg wsi o nazwie Biała - Biała Rządowa, Biała Parcela, Biała Pierwsza - a drogowskazy prowadzą do innych okolicznych Białych. Białe mają kiepską nawierzchnię, na kilku odcinkach sfrezowana, więc jakieś poprawki się szykują.
W końcu Walichnowy. Skręcam na DK14. Jeszcze przed węzłem z S8 stoi zakaz ruchu rowerów. Nie rozumiem, teraz już i krajówką jechać nie wolno? A drogi rowerowej w pobliżu nie ma. Oby ten znak miał w zamierzeniu informować o stanie na S8, tylko został niefortunnie postawiony.
Tu zaczyna się szereg perypetii, których szczegóły pozostaną tajemnicą firmową. W każdym razie przy udziale wielu próśb, negocjacji, przekonywań i brania na litość moje zwiedzanie S8 posuwało się do przodu. Skutkiem wcześniejszych zmagań z wiatrem na start S8 docieram później niż liczyłem. Na plus jest to, że już kompletnie nikt nie pracuje o takich godzinach. Minusem pory były ciemności, które spowiły całkowicie okolicę na wysokości Złoczewa. Dobrze, że betonowa nawierzchnia jest jasna. Zresztą przy braku jakiegokolwiek oświetlenia w sąsiedztwie S8 (wsie daleko) nawet moja imitacja lampki przedniej dawała widoczne światło na drodze.
Odcinek Złoczew - Sieradz wygląda na bliski ukończeniu. Znaki są, a że te mają refleksyjną powierzchnię, to mogłem nawet z ich pomocą orientować się w dystansie, oświetlając je z roweru. Dostrzegam te informujące o zjeździe Sieradz Południe. Tu jeszcze też kompletnie ciemno. Zresztą zjazd łączy się z DK14 przed oświetloną częścią miasta, także chwilę zmagam się z ciemnościami przerywanymi oślepiającym światłem reflektorów aut z naprzeciwka. Parę metrów dłuższą niż powinienem, bo latarnie między 1 Maja a Sikorskiego nie działały.
I u celu. Nawet nie zmokłem, choć straszyło. Chmura szła i kilka kropel spadło na mnie na S8. Wycieczkę najbardziej odczuło prawe kolano. Po drodze jeszcze prawe udo się odzywało, ale przeszło mu po kilkudziesięciu km.
A co do temperatury, to zaczęło się ciepło i słonecznie. 23 stopnie w cieniu, ale odczuwalna na słońcu wyraźnie wyższa. Znowu się opaliłem. Pod koniec trasy spadło do około 17.