Jeśli tylko jest rower publiczna pod ręką, to nim dojeżdżam do i wracam z pracy. Z reguły nie ma o czym opowiadać. Tym razem wyjątek.
Gdy już mi się wydaje, że nic w stanie technicznym rowerów ŁoRP mnie nie zaskoczy, to kiedy po podejściu z prawej sprawdziłem już łańcuch, hamulec ręczny i zerknąłem na opony, zaskoczony jednakże zostałem. Jakież było moje zdziwienie, gdy nie miałem za co złapać z przodu chcąc rower wyciągać od jego lewej.
Przy okazji ten egzemplarz miał dodatkowe ucha, które byłyby jak znalazł do przypinania roweru linką w różnych miejscach (np. do niskich płotków przy miejskich trawnikach) gdyby nie fakt, że linka w łódzkim systemie jest uwiązana do uchwytu kosza opaskami zaciskowymi.
Na szczęście nie był to jedyny rower na stacji, więc miałem czym pojechać. W obie strony jechałem przez Łódź Fabryczną, co staje się coraz częstszym moim wyborem. Po pracy zastałem kolejny ciekawy widok związany z rowerem publicznym.
Tym razem pozytywny.
Dobrze, bo wyraźnie brakowało stacji pod nowym dworcem.
Nie byłem pewien czy po
wycieczce do Sieradza dzień wcześniej, po której byłem trochę obolały, jest sens gdzieś się ruszać. Ale ostatecznie szkoda mi było zmarnować taką piękną pogodę.
Jedną z (wielu) przyczyn, dla którego poruszanie się drogą rowerową nie powinno być obowiązkiem jest ta, że pełnią one powszechnie funkcje rekreacyjne dla wszystkich i jeżdżą nimi posiadacze coraz dziwniejszych pojazdów.
Z odległości nie miałem w ogóle pojęcia do czego się zbliżam, bo było za niskie na rower poziomy. Okazało się, że to mała dziewczynka na elektrycznej desce. Ojciec (na rolkach) zauważył mnie i kazał jej zjechać, ale i tak musiałem prawie się zatrzymać, bo z dziećmi nic nie wiadomo.
W Starowej Górze pan, który wyjechał przed chwilą ze sklepu i na mój widok dziarsko ruszył do przodu, chwilę potem nie zmieścił się w zakręcie.
Frezjowa rozkopana. Głęboko, więc pewnie będą jakieś instalacje prowadzić.
Piękną słoneczną sobotę z temperaturą sięgającą 15 stopni (a w słońcu znacznie więcej) wykorzystałem na przejażdżkę do Sieradza, tym samym podnosząc najdłuższy dystans tego roku. Wyjazd łączył turystykę i wizyty rodzinne. W Dobroniu miałem około godzinny postój, co wykorzystałem do podładowania baterii do kamery, dzięki czemu mogłem nagrać całą trasę.
Na dobry początek na przejeździe rowerowym przez Wólczańską na Mickiewicza pan w służbowym aucie PGE postanowił podnieść mi ciśnienie zmuszając do nagłego hamowania, gdy nie raczył zatrzymać się na warunkowej strzałce. Wraz z pasażerką patrzyli na mnie jak na wariata, gdy z ledwością zatrzymałem się kilka centymetrów od samochodu. Widać nie dotarło do nich.
Przy skrzyżowaniu Bandurskiego z Maratońską na zniszczonym skraju asfaltu namalowali pas rowerowy. To chyba z ostatniej edycji Budżetu Obywatelskiego. Jak zwykle mam mieszane uczucia. A między Kusocińskiego a Maratońską prawy pas był odgrodzony słupkami. Może tam też pomalują?
Samochód z tasiemkami mnie zaskoczył. Widząc kątem oka, że coś się za nim ciągnie, w pierwszej chwili zacząłem się zastanawiać czym oberwę. Nic jednak nie było doczepione.
Tego pięknego dnia mijałem mnóstwo rowerzystów. Na Maratońskiej trafiła się nawet grupka.
Wiosenny wysyp quadów już mnie mniej cieszy. A tak naprawdę wcale nie cieszy.
Drogi terenowe jeszcze nie zdążyły wyschnąć. Miałem kilkanaście sekund przymusowego postoju w błocie, bo łańcuch spadł.
Nad S8 nieopodal Dobronia na kikucie drogi utwardzonej prowadzącej do lasu, rodzice wykorzystywali jej niemalże zerowe natężenie ruchu, by przyczynić się do stworzenia kolejnej generacji rowerzystów. Super!
Warunki dla rowerów w Kolumnie przy już coraz mniej istotnej drodze są chodnikowe. Na szerokim przez większą część wsi asfalcie stoi zakaz ruchu rowerów. Ot złośliwość.
Drogówka też korzystała z ciepłego dnia.
Już zapewne kilka razy polecałem wizytę w sieradzkiej lodziarni Mamma Mia. Nieodmiennie jest pysznie.
Lody są produkowane na miejscu.
Do Łodzi wróciłem na wieszaku (przynajmniej co do roweru) Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej.
I oto stało się. Łódź weszła w łorp 2. I nie było to za sprawą
Zeframa Cochrane. Drugi sezon roweru publicznego ruszył. Skoro go godnie żegnałem ostatniego dnia ubiegłego sezonu, to nie mogłem odpuścić powitania pierwszego dnia po powrocie. Na szczęście jest na tyle chłodno, że nie ma jeszcze takiego wzięcia jak latem, bo inaczej pewnie miałbym problemy ze znalezieniem jakiegoś na stacji. Przed 8 pod pasażem Schillera było pełno do wyboru. Na zdjęciu już u celu krótkiej przejażdżki.
Po 16, mimo godzin szczytu, kilka sztuk czekało na rogu Uniwersyteckiej i Narutowicza. Ten poranny był prawie w pełni sprawny, nie licząc trochę źle ustawionej przerzutki. Z powrotnym trafiłem gorzej - popiskiwał, zgrzytał i słabo działał w nim hamulec ręczny. Czyżby nie wystarczająco uważnie dokonali przedsezonowego przeglądu?
Niestety już pierwszego dnia można było zobaczyć typowe symptomy dbania o własność "wspólną". Jedną sztukę widziałem w oddali przewróconą obok stacji. A wieczorem na Piotrkowskiej trafiłem na egzemplarz, któremu spadł łańcuch.
Na dziś prognoza obiecywała wiosnę. Nie mogłem przepuścić takiej okazji. Było słonecznie i temperatura dobiła aż do 14. Choć gdy się zbierałem wskazania były jeszcze poniżej 10. Nie bardzo wiedziałem jak się ubrać na to nagłe ocieplenie. Niektórzy już jeżdżą w krótkich spodenkach, ale tak odważny nie byłem. Ostatecznie były długie spodnie, t-shirt, polar i kurtka przeciwwiatrowa, czyli komplet jak przy zerze. Rękawiczki zmieniłem na letnie, buty na przewiewne i zamiast kominiarki założyłem opaskę. Tak, zestaw na plecach był za ciepły. Dobrze, że wszystko ma zamki błyskawiczne.
Pozdrawiam rowerzystę z czerwonym plecakiem i czerwoną owijką, który wyprzedził mnie na początku al. Bartoszewskiego i zmobilizował mnie do zwiększenia tempa, by mu się utrzymać na kole. Na Demokratycznej oszukał i pojechał po pasach zamiast czekać na zielone na przejeździe rowerowym. Nie zdążyłem już odrobić tej straty, bo potem odbił w Siostrzaną. A ja mogłem już odpocząć.
Ze względu na niekorzystną relację mojej słabej kondycji (niskiej prędkości) do czasu życia baterii kamery nagrywanie zacząłem od Ustronnej.
Tym razem mogłem się przyjrzeć temu przejazdowi - zagadce przy przystanku Łódź Olechów Wschód. Zdecydowanie brakuje mi informacji, by był on otwierany na żądanie.
Mam tu na myśli jakąś wyraźną. Słupek z przyciskiem jest po lewej stronie. Siedząc za kierownicą stojącego samochodu na pewno łatwo dostrzec podpis pod nim.
Trzeba jednak dodać, że przejazd prowadzi niemalże donikąd, więc raczej jeżdżą tu tylko świadomi jego działania. Szlaban podnieśli dopiero za 3 naciśnięciem. Nie jestem pewien jak to działa, ale chyba to dzwonek do kogoś z wieży nieopodal. Na dodatek otworzyły się tylko lewe zapory po każdej stronie (wedle odpowiedniego dla każdej kierunku dojazdu), więc puścili mnie niejako pod prąd.
Na drogach rowerowych na Widzewie widać wyraźnie, że zimą drogowcy dbali o sypanie ich piaskiem. Jest go jeszcze bardzo dużo. Ciekawe czy będą zamiatać.
Niestety dobra pogoda nie tylko rowerzystów z domu wyciąga, ale również wariatów na jednośladach z wyjącymi silniczkami.
A gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości, że to już wiosna, to na dowód stacje roweru publicznego, które już zakwitły obficie rowerami.
W tym niezwykłym sezonie, w którym każdego z zimowych miesięcy zaliczyłem jakieś kilometry, osiągnąłem kolejny rekord. Odbyłem najwcześniejszy w mojej historii przegląd roweru. Jakim zaskoczeniem było, że nie musiałem umawiać się na odległy termin, bo kolejki żadnej o tej porze roku. Mogłem wybierać dowolny dzień. Rower oddałem w poniedziałek przed południem, a dziś był gotowy do odbioru. Korzystając z okazji, że przed serwisem zdjąłem wszystkie akcesoria (nie licząc podstawki do licznika, bo ta przyklejona jest do mostka taśmą dwustronną) zrobiłem kilka zdjęć "nagiego" roweru. Poza wymianą klocków hamulcowych doczekał się nagłej zmiany siodełka. Całe nadzieje o zmierzeniu rozstawu kości, mierzeniu się z różnymi modelami, wzięło w łeb. Bo podczas wycieczki do Lutomierska pękła żelowa wkładka oryginalnym 12-letnim siodełku i wróciłem z poklejonymi spodenkami. Musiałem więc kupić cokolwiek, by mieć na czym jeździć. Dzisiaj nie przetestowałem czy da się na nim usiedzieć, bo już było ciemno, a oświetlenie czekało w domu, więc z rowerem wróciłem pieszo.
Przyszedł kolejny weekend. Temperatura nadal miała być trochę poniżej założeń. W sobotę cały dzień mżyło i to mnie skutecznie zniechęciło. Niedziela zapowiadała się lepiej, a wg prognozy pogody temperatura mogła dobić w porywie nawet do 5 stopni. I były też szanse na przejaśnienia (dzień zaczął się z zachmurzeniem). Wszędzie topniał śnieg, więc wszystko płynęło. Nie są to moje ulubione warunki. W zasadzie prawie nigdy nie wyjeżdżam na mokre ulice. Znowu poczułem, że błotniki mogłyby się czasami przydać. Na pocieszenie miałem kominiarkę - w niej nie czuć jak woda z tylnego koła pryska na głowę.
Skoro nie wyszło z dwoma dniami krótszych wycieczek, obrałem kierunek na Lutomiersk zastanawiając się po drodze czy może jednak odbić w Traktorową i pokręcić po mieście lub czy pojechać tylko do Konstantynowa. Ostatecznie jednak osiągnąłem Lutomiersk, tym samym wymęczając najdłuższy póki co dystans w tym roku.
Na fontannach w Manufakturze utworzyły się malownicze kominy ze śniegowych pryzm, przez które przebiła się woda.
Niby pogoda nie była pod psem. Ale za to psów trafiło się pod dostatkiem. Nietypowo jak na tę pętlę. Zazwyczaj przejeżdżam niezaczepiony przez żadnego.
Jak słychać na nagraniu, nie dałem rady przemówić psom z drugiej sceny do rozsądku. Niestety nie mam teraz gazu na rzepie na ramie a jedynie jakiś w torbie i zdecydowanie nie nadaje się on do dobywania szybko podczas ataku. Dopiero ostatniego psa widziałem wystarczająco wcześnie, by się w porę uzbroić. Muszę bezzwłocznie wyposażyć się w wersję do szybkiej obrony. Zidentyfikowałem adresy domów, z których pochodziły dwie pary psów. Na nagraniu widać jak wyglądają. Rozważam sprawdzenie na jakim etapie przyjazności dla klienta jest współcześnie polska policja. Znalezienie psa i jego właściciela, by tego ostatniego ukarać, to powinna być betka.
Ach ten przyjazny wyraz pyska!
Kamera TomTom ma kaprysy. Po poprzedniej jeździe rozładowana (nie pozwalająca włączyć kamery) bateria na własnym wskaźniku pokazywała przeszło 75% zapasu mocy. Tym razem po ok. pół godziny jazdy kamera stwierdziła, że prąd się skończył. Wg wskazania na ekranie. I tego się uparcie trzymała jeszcze przeszło 2 godziny. Tym razem wyłączyłem GPS w kamerze licząc, że coś na tym zyskam. Tymczasem dała radę nagrać 14 minut mniej materiału niż gdy był on włączony.
Wieczorem w sobotę po wycieczce byłem pewien, że w niedzielę się nie ruszę, tym bardziej, że zapowiadali -1. A ja przecież, jak wspominałem, miałem czekać na te +5. Niestety krótki wyjazd tylko zaostrzył mój apetyt na jazdę i znów poczułem potrzebę, by się ruszyć. Tak tylko na chwilę, symbolicznie, żeby za bardzo nie zmarznąć. To też się nie udało, bo jednak wiatr i czas spędzony na zewnątrz skutecznie mnie wychłodziły.
Pojechałem zobaczyć jak wygląda stan rowerowej serpentyny przy Łodzi Fabrycznej. To ciekawe, postanowili ją odśnieżyć tylko w połowie, od dołu do miejsca gdzie przecina środek tamtejszych schodów. Powyżej śnieg. Nie odważyłem się zjechać.
Ponieważ wizyta na Fabrycznej była już po objechaniu Widzewa i moje stopy były bliskie odpadnięcia mi z zimna, wjechałem na dworzec, by trochę się ugrzać. Dosłownie wjechałem, bo jakoś w tej chwili przejazd rowerem przez drzwi automatyczne wydał mi się niezwykle atrakcyjny - jeszcze tego nie robiłem. Niemalże prosto w ramiona ochrony, która siedziała obok drzwi. Ale jakaś wyjątkowo opanowana ta ochrona dworca. Nie zaczepili.
A na samym dworcu można odnieść wrażenie, że więcej jest pracowników obsługi niż podróżnych. W tym kierowca myjki do podłogi, która, trzeba przyznać, lśniła.
Coś się ruszyło z remontem kościoła przy pl. Wolności.
I jeszcze kilka fotek nowego gadżetu przy pracy.
I odwrotność powyższego ujęcia.
Tym razem dokręciłem uchwyt kamery imbusem. Pomogło. Teraz trzyma się stabilnie.